Tytuł tego wpisu jest oczywistym truizmem (czy skoro są truizmy to są też falsizmy?), ale od czegoś trzeba zacząć, a chciałbym tutaj ująć moje odczucia jako świeżo upieczonego mieszkańca wsi.

Pierwsze 18 lat mojego życia spędziłem w mieście około 100 tysięcy mieszkańców, kolejne 15 lat w pół milionowej metropolii, potem cztery w mieście o 10 tysiącach mieszkańców, a od pół roku mieszkam nawet nie we wsi, ale pod wsią o może 100 stałych mieszkańcach.

O zasobach

Odnoszę wrażenie że odkąd tutaj mieszkam, inaczej patrzę się na zasoby. W mieście śmieci mogłem codziennie wynosić i następnego dnia rano już ich nie było. Tutaj przy odbiorach raz czy dwa na miesiąc, śmieci trzeba gromadzić, przez co widać ile się ich produkuje, szczególnie plastików. Mimo mojej głębokiej niechęci do plastiku, nie da się go uniknąć robiąc normalne zakupy i zamawiając rzeczy z przesyłką. Tak samo kartony, szkło, wszystkie odpady oprócz bio, które kompostujemy.

Woda w kranie jest, ale już raz, podczas ostatniej największej fali upałów skończyła się, bo wszyscy sąsiedzi po zachodzie słońca rzucili się do podlewania ogródków. Są w Polsce gminy z czasowymi zakazami używania wody do podlewania, i spodziewam się że i tutaj to wprowadzą. Zresztą, my podlewamy deszczówką z beczek, i to moim zdaniem znacznie bardziej pokazuje ile jej potrzeba do podtrzymania życia roślin. Każda napełniona konewka to widoczny spadek poziomu wody. A to ile zużywamy wody w domu też ma swoje konsekwencje. Tutaj woda magicznie nie znika „do morza”, to ile leci z kranu ma potem przełożenie na to jak często trzeba opróżniać szambo. Przepływ wody staje się widocznym zasobem i na wejściu i na wyjściu.

Pole kukurydzy późnym popołudniem,
rośiny są oświetlone ciepłym niskim światłem, a nad nimi widać lekko zachmurzone
niebo

Kiedy mieszkałem w miastach, prądu nie było może raz na rok. Tutaj parusekundowe zaniki zdarzają się mniej więcej raz na tydzień, a dłuższe, parugodzinne raz na jeden miesiąc. Zainwestowałem w zasilanie awaryjne mojej serwerowni i dostępu do Internetu, mam zapas powerbanków do laptopa i telefonu, ale obawiam się co będzie kiedy prądu nie będzie więcej niż dobę. Co z lodówką, czy wiatrakiem do chłodzenia psów? Kolejna rzecz która zmusza człowieka do zaakceptowania że zasoby takie jak prąd czy woda nie są oczywistością która będzie zawsze, ale czymś co jest skończone, do zbierania na czarną godzinę lub budowania rozwiązań na ich brak. Szczególnie w obliczu nadciągających coraz szybciej zmian klimatycznych. Wolę stawiać im czoła tutaj niż w mieście.

O transporcie

W mojej wsi nie ma transportu publicznego, żeby gdzieś dalej dotrzeć trzeba iść do sąsiedniej wsi kilka kilometrów, i w niej cztery razy dziennie staje busik jadący pomiędzy najbliższymi większymi ośrodkami miejskimi. My to jeszcze mamy łatwo, jesteśmy w pełni sił, oboje mamy prawo jazdy, stać nas na auto lub jesteśmy w stanie dojechać rowerem gdzie chcemy. Przy całej mojej niechęci do samochodów, niestety tutaj jest on niezbędny, szczególnie kiedy ma się dwa duże, starsze psy które wymagają regularnej opieki weterynaryjnej. Za to dla mnie, to czego brakuje mi najbardziej, i do tej pory zawsze miałem, to stacja kolejowa do której mogę bez problemu dojść na piechotę.

Przypomina mi się jak dawno temu, jeszcze na studiach, odwiedzałem znajomych w Poznaniu i myślałem, że mieszkają tak daleko, bo mają aż 25 minut tramwajem do centrum :)

O jedzeniu

Kolejna oczywistość, na wsi nie ma opcji zamawiania jedzenia na dowóz. Z jednej strony to dobrze, bo jedzenie z Glovo czy Pyszne czy innych firm o wątpliwej etyce zatrudniania jest drogie i nie do końca zdrowe, ale z drugiej, tak bardzo zjadłbym paneer makhani z pewnej poznańskiej restauracji, albo pizzę funghi z mojej ulubionej piątkowskiej pizzerii z dinozaurem. Mniej pokus, więcej obowiązków. Zakupy teraz to większa wyprawa autem, więc trzeba je lepiej planować i robić zapasy rzeczy które mogą stać dłużej. Warto było przeznaczyć osobne pomieszczenie na spiżarnię podczas projektowania domu. I najważniejsze, teraz mogę wyjść przez drzwi tarasowe i zerwać sałatę czy pomidora prosto z grządki, dla tych rarytasów jestem w stanie zrezygnować z kuchni hinduskiej dostarczanej pod drzwi.

Polna droga pod wieczór, po lewej pole
pszenicy, po prawej pole kukurydzy, a na końcu drogi las

Ten wpis nie jest narzekaniem, jest zapisem. Cieszę się że tutaj zamieszkałem, i wciąż odkrywam jak bardzo tego potrzebowałem w życiu.